Za PRL-u październik był miesiącem pamięci narodowej i oszczędzania, po odnowie październik to w Kościele rzymskokatolickim tak zwany miesiąc różańcowy, a różaniec — popularna m.in. w Polsce praktyka religijna — ma swoje niepokojące oblicze, o czym nie wszyscy sobie zdają sprawę i o czym warto pamiętać.
Różaniec powstał w średniowieczu i początkowo polegał jedynie na odmawianiu 150 razy modlitwy „Zdrowaś Maryjo". Miała to być forma zastępcza odmawiania Psałterza (150 biblijnych psalmów) dla tych wszystkich, którzy byli po prostu analfabetami i nie potrafili przeczytać modlitw. Z czasem pojawiły się także tzw. tajemnice różańca - radosne, chwalebne i bolesne, uzupełnione przez Jana Pawła II (Rosarium Virginis Mariae) przez „tajemnice świetliste". Owe tajemnice to po prostu tak zwane „prawdy" kościelnej wiary, takie jak zmartwychwstanie Jezusa, jego narodzenie itp. Są one rozważane przy okazji odmawiania poszczególnych „dziesiątek różańca".
Co w tym jest niepokojącego? Pierwszym problemem jest to, że różaniec zwany świętym stoi w jaskrawej sprzeczności z fundamentami samego chrześcijaństwa i przesłaniem, jakie można wyczytać z ewangelii. Oczywiście, w ramach krytyki religii jako takiej nie ma problemu aby nad tym faktem rozlewać łez, niemniej jednak trzeba o tym wspomnieć, bo w samym pomyśle tej modlitwy jest coś niezwykle perwersyjnego.
Otóż ewangeliczny Jezus zwany Chrystusem zachęca swoich naśladowców do tego, aby unikali „wielomówstwa na modlitwie" czyli przysłowiowego "klepania paciorków". Tymczasem trudno sobie wyobrazić coś bardziej gadatliwego niż różaniec, kiedy wierzący „odmawia" dziesiątki, setki razy te same słowa. Czymkolwiek modlitwa miałaby być dla chrześcijan, to różaniec z pewnością nie realizuje biblijnego modlitewnego wzorca. Ma to dla katolików znaczenie o tyle, że ich własny Kościół usilnie zachęca ich do praktykowania czegoś, co stoi w jaskrawej sprzeczności z fundamentami wiary (nie po raz pierwszy zresztą). U osób myślących musi to - prędzej czy później - prowadzić albo do dylematów i rozterek, albo do kapitulacji wobec ideałów ewangelicznych kosztem ulegania kościelnym ogłupieńczym obyczajom i praktykom. Stawianie ludzi w takiej sytuacji z humanistycznego punktu widzenia jest obrzydliwe i prowadzi do deformacji ludzkiej osobowości.
Ale to nie koniec perwersyjności różańca świetego. Ta modlitwa w formie dawnej (bez owych „tajemnic", które trzeba rozważać) oraz ludowej, gdzie do rozważań przywiązuje się mniejszą wagę, a większą do powtarzania w kółko tego samego, prowadzi do utrwalenia się obrazu Boga jako automatu, który może udzielać pewnych „łask" w zamian za ilość odmówionych modlitw. Co prawda jako ateistę mało mnie obchodzi, czy wierni Kościoła będą mieli prawidłowo, czy nieprawidłowo ukształtowany obraz swojego bóstwa, ale interesuje mnie, czy ich stosunek do innych istot będzie miał wymiar poważny, czy raczej powierzchowny i lekceważący, „Załatwianie" czegokolwiek z Bogiem lub kimkolwiek za pomocą pseudorelacji i pseudorozmowy, jaką jest automatyzm różańcowy, wydaje się poniżające i degradujące. Zmuszanie człowieka do obcowania z Bogiem-automatem różańcowym jawi się obrzydliwie i uwłacza ludzkiej godności.
Różaniec jest też niekończącą się fabryką wyrzutów sumienia i religijnych rozterek.
Otóż nakłania się ludzi do robienia dwóch czynności umysłowych jednocześnie - odmawiania „zdrowasiek" i rozważania owych tajemnic, które nie mają zwykle wiele wspólnego z wypowiadanymi słowami. Osoba wykonująca takie czynności jest narażona na nieustanną pokusę przeskakiwania w myślach od tego, co wypowiada, do prób snucia pobożnych rozważań związanych z rzeczonymi tajemnicami. Istnieje jeszcze pokusa zupełnego uciekania myślami od tej ogłupiającej i monotonnej czynności. U osób wrażliwych, do których z pewnością należy spora część ludzi wierzących, może to powodować stałe wyrzuty sumienia, że modlą się w niewłaściwy sposób. Trudno zresztą o sposób naprawdę właściwy w tym łamańcu słowno-myślowym. Efektem tego może być frustracja i... "wiekuiste" poczucie grzechu.
A to akurat Kościołowi bardzo pasuje, bo jego ulubionym zajęciem jest obarczanie ludzi poczuciem nieustającej winy, aby potem ich rozgrzeszać podczas spowiedzi. Niewątpliwie, wina i lęk przywiązują katolików do Kościoła równie silnie co wymuszony w niemowlęctwie chrzest, katechetyczne pranie mózgu i presja sakramentów. I tak przewrotność różańca utrwala zależność ludzi od Kościoła. Bo o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.
Użytkownik o:) Onufry edytował ten post 09 listopad 2011 - 16:00:37



Zgłoś do usunięcia







